Wywiad z zawodowym Mistrzem świata Mariuszem Ziętkiem
wywiad ukazał się w miesięczniku KiF – Kulturystyka i Fitness (nr 10 październik 2008)
Czy sformułowanie „zawodowy mistrz” oznacza, iż jest to na tyle mocna pozycja w hierarchii społecznej, że można się z niej utrzymać?
» Gdyby to była jakaś inna, bardziej medialna dyscyplina sportu, to owszem. Natomiast na kick-boxing składają się tylko zaszczyty i medale. Na dziś są to atuty mogące niejednemu zawrócić w głowie, natomiast na przyszłość nie zabezpieczają niczego.
Z tego niektórzy mogliby wysnuć wniosek, że mistrz świata ma prawo do obaw o swoją przyszłość…
» Wbrew pozorom takie obawy mam już za sobą. W tym roku przygotowuję się do egzaminu magisterskiego na Uniwersytecie Łódzkim, na wydziale resocjalizacji, a to oznacza, że w porę pomyślałem o wszystkim.
Czy to znaczy również, że na tym poziomie wyszkolenia sportowego udało Ci się znaleźć aż tyle potrzebnego czasu na naukę?
» Owszem, gdyż w odpowiednim czasie przejrzałem na oczy. Takiego „przejrzenia” często brakuje zawodnikom odnoszącym sukcesy w sporcie, czas mija. a potem człowiek zostaje na lodzie bez szans na lepsze życie.
Domyślam się, że gdy rozpoczynałeś treningi, sport od razu znalazł się na twojej „preferencyjnej liście”…
» Miałem wtedy 10 lat, więc Kick boxing stał się dla mnie fascynacją, szczególnie po obejrzeniu filmów z Brucem Lee i Jeanem-Claude Van Dammem. W tym wieku każdy chce być tak sprawny jak ci dwaj mistrzowie i robi się wiele, aby im dorównać.
Czy miałeś przynajmniej jakiegoś instruktora?
» Nic podobnego! Przecież mieszkałem, i mieszkam nadal, w podkaliskiej wsi Przystajnia, gdzie nie istniał żaden klub sportowy. Razem z kolegami oglądaliśmy ulubione filmy po kilkanaście razy i zwracaliśmy szczególną uwagę na elementy techniczne, które potem próbowaliśmy naśladować. Nawet szpagat robiłem na poręczach dwóch krzeseł, jak to pokazywał Van Damme w jednym ze swoich filmów.
A jak wyglądało wasze zaplecze treningowe?
» Było bardzo „ekologiczne”, bo składało się z worka treningowego zawieszonego na jabłoni rosnącej za stodołą.
Gdzie ćwiczyliście zimą?
» Tak się złożyło, że nie tylko my, uczniowie podstawówki, napaliliśmy się na sztuki walki. Taki sam pęd do treningów mieli starsi chłopcy z naszej wioski. Oni dogadali się ze strażakami miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej w sprawie udostępnienia sali na treningi. Najpierw zaprosili z Kalisza jednego fachowca, który znał się na tym, przyjechał i wiele rzeczy pokazał. My, 11-letni chłopcy, podglądaliśmy wszystko przez okna, bo do środka nas nie wpuszczali. Więc staliśmy pod oknami dotąd, aż zapamiętaliśmy wszystkie elementy treningu, a potem „przerabialiśmy te lekcje” w domu. Dopiero po jakimś czasie dostaliśmy pozwolenie na wspólny udział w treningach.
Brzmi to dość egzotycznie, bo do tej pory słyszało się o zabawach w remizach strażackich, ale nigdy o tym, źe ktoś uprawia tam „dziwne” sporty…
» To jeszcze nic, bo w końcu okazało się, że nie tylko my byliśmy zainteresowani kick-boxingiem. Chłopaki z otaczających Przystajnię wiosek również. Szczególnie Van Damme stał się tam niezwykle popularny. Doszło w końcu do tego, że w naszej remizie organizowaliśmy turnieje drużynowe wioska na wioskę.
I co na to starsza generacja z Przystajni oraz z innych wiosek?
» Mówili na nas „kopacze”. Brzmiało to niezbyt pochlebnie, ale przecież nie było sensu kłócić się o słowa. Mówili: „nawet psa nikt nie kopie, a wy kopiecie jeden drugiego”.
To chyba i „ozdób” na ciele w postaci guzów, obrzęków, siniaków, a nawet otwartych ran wam nie brakowało?
» To akurat prawda, ale nikt nie robił z tego problemu. Nikt do nikogo nie miał pretensji o guza, liczyło się zdobywanie umiejętności w walkach.
A treningi… częściej ćwiczyliście zimą czy latem?
» Wiosna i lato na wsi to okresy największego natężenia prac polowych. Trzeba orać, nawozić, siać i czynić wiele innych zabiegów, aby zarobić na życie. Wolnego czasu jest wtedy niewiele, natomiast zima była w sam raz do ćwiczeń.
Czy było chociaż jakieś ogrzewanie w tej strażackiej świetlicy?
» Niestety, nie było. Była temperatura minusowa, a brak ogrzewania zastępowaliśmy intensywnym treningiem.
Uprawialiście też jakieś sporty uzupełniające?
» Jeszcze jako młodzi chłopcy spotykaliśmy się rankiem z kolegami i biegaliśmy w ramach nabierania kondycji. To była wyjątkowa wioska ta nasza Przystajnia – nie słyszałem, żeby mieszkańcy jakiejś innej wsi uprawiali biegi, a my traktowaliśmy to jako coś normalnego. Niektórzy wstydzili się biegać w dzień, więc bywało i tak, że biegaliśmy w nocy. Przeważnie wstawałem o piątej rano i biegałem 6 kilometrów, żeby wyrobić sobie kondycję. Ludzie, którzy wtedy przygotowywali się do codziennej pracy, pukali się w czoło, gdy mnie zobaczyli.
Jak reagowałeś na takie pukanie?
» Bez emocji. Rozśmieszało mnie to, zresztą z czasem przestali się pukać, bo nasze bieganie stało się taką samą normą jak to, że deszcz pada albo słońce świeci
A co na to twoi rodzice?
» Jakoś tolerowali to wszystko, chociaż lubili żartować, że trenujemy ,,z głupka na wariata”.
Ówcześni samorządowcy również?
» Początkowo, gdy już byłem na tyle wyszkolony, że mogłem otworzyć sekcję w Przystajni, w sąsiednich wioskach rozchodziły się wieści, że my tu tworzymy jakąś bandę. Tamtejsi działacze ostrzegali nawet naszego wójta: ,,Co ty robisz? Armię tworzysz do napadania na ludzi”? Z konieczności więc monitorowała nas policja i okazało się, że nikt z naszej sekcji nigdy nie otrzymał zarzutu, że chuligani albo coś w tym rodzaju.
Jak duża jest ta wasza wioska?
» Na całą Przystajnię składa się pięćdziesiąt gospodarstw, ale na salę ćwiczeń przychodzi dwudziestu chłopaków, co najlepiej świadczy o doskonałej atmosferze, jaka towarzyszy dziś uprawianej przez nas dyscyplinie.
Dało się połączyć sport z nauką?
» Jakoś owszem, ale bywały momenty, gdy chciałem zrezygnować ze sportu, bo czułem się wykończony fizycznie i psychicznie Do szkoły średniej chodziłem w Kaliszu. Aby tam dotrzeć, każdego ranka wstawałem o 6 rano, jechałem rowerem 4 kilometry do Aleksandrii, a stamtąd autobusem do Kalisza. Po lekcjach musiałem odczekać 3 godziny do treningu, bo zaczynał się dopiero o 19.00, a po treningu jeszcze jedną godzinę na autobus. W domu lądowałem o północy, nie było czasu zjeść gorącego posiłku ani dobrze się wyspać.
Jednak przetrzymałeś wszystko!
» Ciągle wierzyłem, że osiągnę sukces i ta wiara podtrzymywała mnie na duchu. Bywało jednak, że miewałem trwające do trzech miesięcy przerwy, bo mimo wszystko nie wyrabiałem się czasowo.
Twoje treningi polegały głównie na…
» Ćwiczeniu rożnych technik kick boxingu. To, co robiłem, było nudne nawet dla tych, którzy mnie oglądali, a co dopiero mówić o mnie! Ale zdawałem sobie sprawę, że muszę to wszystko ćwiczyć aż do znudzenia, żeby weszło mi w krew i w razie potrzeby działało automatycznie.
Kiedy po tych wszystkich przymiarkach skromny amator z podkaliskiej wioski wypłynął na szerokie wody?
» To stało się w roku 1996. Wystartowałem wtedy na swoich pierwszych mistrzostwach Polski. Byłem 16-let-nim juniorem, ale walczyłem w seniorach. W półfinale przegrałem pojedynek z Jarkiem Madziarem w stosunku 2:1. Ale doceniono moje wysiłki i od tamtej pory do dziś jestem członkiem kadry narodowej. W wieku 17 lat zdobyłem złoty medal na mistrzostwach.
A kto z twoich kolegów zaszedł równie wysoko?
» W roku 2000 mój brat Robert został mistrzem świata juniorów. Jest on jednocześnie mistrzem Polski młodzieżowców w boksie. A niedawno zawodnicy trenowanej przez mnie sekcji zdobyli 6 medali na mistrzostwach Polski.
Wiadomo, że w kick-boxingu są trzy formy rozgrywania zawodów: semi, light i fuli contact. Którą z tych form uprawiasz?
» Startowałem we wszystkich odmianach, bo w tym sporcie wszechstronność jest wysoko ceniona. Trzy lata temu podsumowałem swoje starty – wyszło 200 walk. Dziś jest ich już więcej.
Ile w tym walk zawodowych?
» 24 i wszystkie wygrane.
Jest zatem czym się pochwalić!
» Po prostu robię, co mogę.
Każdy chyba wie, że nie da się móc zawsze. Co wtedy?
» Nadal walczę. Miałem taki przypadek na mistrzostwach świata w Szkocji. W trzeciej rundzie uderzyłem przeciwnika źle „wymodelowaną” pięścią i złamałem kciuk. Na szczęście nic o tym nie wiedziałem, traktowałem ból jako ,,uboczny efekt uprawiania tego sportu”. W siódmej rundzie znokautowałem tego przeciwnika i zostałem mistrzem.
To się chwali, ale skąd wzięła się taka kontuzja?
» Nieprawidłowo wyprowadziłem cios. Jakby i tego było za mało, po siedmiu miesiącach złamałem ten sam kciuk jeszcze raz. Żeby było jeszcze śmieszniej dodam, że trzeci raz również.
To katastrofa! Jakie ma się wtedy uczucie?
» Właśnie takie. Czułem panikę, bo pomyślałem, że chyba to już koniec ze sportem. Co robić, gdy naprawdę okaże się, że będę musiał przejść na sportową emeryturę?
No właśnie. I co zrobiłeś?
» Była okazja do poważnego zastanowienia się nad swoim losem. Może poszukać jakiejś innej roboty? W tym celu odwiedziłem posłów, którzy przedtem chętnie robili sobie wspólne zdjęcie ze mną i zameldowałem, że chyba koniec z karierą sportową, bo kciuk się łamie, szukam pracy, pomóżcie. Zapytali, jakie mam wykształcenie. Ano średnie. Ze średnim nie masz szans. Taka była ta rozmowa.
Już nie pasowałeś do wspólnej fotografii?
» No nie. Ale i tak nie mam do nikogo pretensji. Wprost przeciwnie. Ta ich reakcja uświadomiła mi, że muszę się I uczyć. Dziś gotów jestem podziękować i im za to, że nie znaleźli dla mnie roboty. Dzięki temu spowodowali, że we mnie wyzwoliła się nowa wola walki. Tym razem była to wola zdobycia wykształcenia, które w praktyce może okazać się cenniejsze niż zdobyte dotychczas medale. Sport pomógł mi wypłynąć na szerokie wody – tego nie mogę nie doceniać, ale mimo wszystko uważam, że nauka i zdobywane dzięki niej wykształcenie zawsze powinno być na pierwszym miejscu.
Dziękuję za rozmowę.
|